środa, 1 maja 2013

Niepozorna fajność - stary - nowy cień z Inglota

Nie wszystko złoto, co się świeci. Właśnie wyrzuciłam DO KOSZA NA ŚMIECI cień z Inglota o numerze 141. W sklepie wydawał się być genialnym, limonkowo-złotawym, nietypowym odcieniem. Nie wiem, jak to możliwe ale od kiedy przyniosłam go do domu (sprawdzałam w różnych oświetleniach) nie dostrzegłam w tym cieniu ani grama  koloru zielonego, jest to po prostu banalne, bezpłciowe, blade złoto, bardzo słabo napigmentowane, po prostu najgorsze złoto jakie miałam. 

Postanowiłam więc zrobić miejsce w mojej palecie Inglota (na 20 wkładów) na coś bardziej użytecznego i wartościowego. Decyzja była dobra, bardzo dobra. Mimo, że uwielbiam testować nowości, robię to rzadko, ale kiedy już coś kupuję z kolorówki - to zazwyczaj jakąś nowość, to tym razem postanowiłam kupić ponownie coś, co już miałam. Matowy cień Inglota o numerze 328. 









Cień jest baaaardzo niepozorny, tylko potwierdzając regułę, że te najbardziej niepozorne cienie często są absolutnie wyjątkowymi hitami, po które sięgamy najchętniej. Tak właśnie jest w przypadku mojego ulubionego matowego "błota" numer 349 o którym pisałam szerzej tutaj. Tak też jest w przypadku najnowszego nabytku.

Jest to tzw. wielbłądzi beż. Genialnie sprawdza się jako cień bazowy, nałożony na cała powiekę ruchomą.  Jest wymarzony do naturalnego makijażu dziennego, dzięki ciepłej, leciutko brzoskwiniowej tonacji pięknie podkreśla zielone i niebieskie tęczówki. W załamaniu lubię nałożyć "błoto", w wewnętrznym kąciku - klasycznie rozświetlić czymś perłowym - uwielbiam połączenie wykończenia matowego i błyszczącego!










Ale pamiętam z czasów "pierwszej edycji" tego cienia w moim zbiorze, że świetnie też komponuje się z czymś mocniejszym, np. burgundem w załamaniu i złotem w wewnętrznym kąciku  Ma charakter, nie jest nijaki, a jednak nie krzyczy, nie przytłacza, sprzyja innym kolorom i eksponuje je lub też - zestawiony z klasykami - eksponuje po prostu nasza urodę:) 

Nie jest to bynajmniej typowy kolor "nude", niewidoczny lub prawie niewidoczny rozcierak. Co to, to nie. Jest subtelny i naturalny, ale jak najbardziej widoczny i odznaczający się, przynajmniej na mojej ekstremalnie jasnej cerze. I własnie ten efekt mi się podoba. Podobnie jak na paznokciach - na powiece nie przepadam za kolorem niewidocznym, udającym, ze go nie ma. Dlatego moim ulubionym "naturalnym" lakierem do pazurów jest Inglot nr 57, a cieniem - Inglot matte 328:) Kupiłam go - jak wspomniałam - po raz drugi - nie żałuję, zachwycam się na nowo. Uwaga - zdjęcie bez podkładu, tylko makijaż oka;) 




I jeszcze z dzisiejszego spacerku z synkiem;) 






A Wy co sądzicie o tym kolorze, spodobał się Wam? 

pozdrawiam!
Marta 


3 komentarze: